32 220 35 21 biuro@omegasoft.pl

Każdy wie, że duże firmy, jak Microsoft czy Google robią wszystko, by wykrywać treści pedofilskie, jakie użytkownicy zamieszczają na ich serwerach. Niestety, całej „brudnej roboty” nie da się powierzyć maszynom. To człowiek musi sprawdzić, czy wykryte przez oprogramowanie materiały są dowodami pedofilii lub popełniania innych, często groźnych, przestępstw. W praktyce po wykryciu przez automat podejrzanego materiału, trafia on do przeszkolonego pracownika, który z kolei może usunąć materiał pedofilski i zgłosić go do National Center for Missing and Exploited. Niby takie proste, ale kto z nas chciałby codziennie oglądać setki dowodów wykorzystywania seksualnego nieletnich lub popełniania przestępstw, nierzadko przeciwko zdrowiu i życiu?

Koszmar pracowników od wykrywania pedofilów

Negatywne skutki pracy nad drastycznymi materiałami umieszczanymi w Internecie odczuło dwóch pracowników Microsoftu, którzy zdecydowali się pozwać giganta. Stwierdzili oni, że korporacja nie zapewniła im wystarczającej ochrony przed negatywnymi skutkami zdrowotnymi związanymi z wykonywaniem tego typu obowiązków.
Najbardziej bulwersuje historia Henry’ego Soto, który stwierdził, że do pracy nad wykrywaniem materiałów pedofilskich został zaangażowany niedobrowolnie. Został mianowicie mylnie poinformowany, że będzie poszukiwał jedynie naruszeń regulaminu. Oprócz tego do zadań Soto należało oglądanie i wykrywanie materiałów zawierających treści pedofilskie lub przemoc. Nie zdawał sobie wówczas sprawy, jak toksyczny wpływ na jego psychikę może mieć ciągły kontakt z tego rodzaju dowodami ludzkiej degeneracji. Zaczął cierpieć na bezsenność i koszmary. Stan Soto jeszcze się pogorszył, gdy obejrzał materiał przedstawiający wykorzystanie seksualne i zabójstwo dziecka. Wówczas pojawiły się u niego omamy słuchowe.
Drugiemu byłemu pracownikowi Microsoftu, Gregowi Blauertowi, przełożeni poradzili, że jeśli sprawia mu problem oglądanie materiałów pedofilskich i zawierających przemoc, powinien wcześniej wychodzić z pracy, wychodzić na papierosa lub spacer albo też odsuwać myśli od wykonywanych zadań.
Zarówno Henry Soto, jak i Greg Blauert, próbowali namówić przełożonych na zorganizowanie spotkań z psychologiem lub podjęcie innych działań ograniczających negatywny wpływ tego rodzaju obowiązków na stan zdrowia. Ich propozycje były jednak ignorowane. Obaj odeszli z pracy, a sprawa znajdzie swój finał w sądzie.